czwartek, 19 lipca 2012

Notatka II

30.12.


Wracamy do Hogwartu. Jakieś dziesięć minut temu mama i tata [Fred i George są już w Dowcipach Weasley'ów] odprowadzili nas na dworzec King Cross, a teraz siedzimy już w pociągu. Jestem w przedziale tylko z Ronem, bo reszta naszych znajomych została w zamku. To dziwne, przeważnie dużo osób wyjeżdża gdzieś na Święta, a w tym roku jesteśmy jednymi z niewielu osób, którzy wybrali tą opcję. Nawet nasz Pan Malfoy Wielkiej Urody Półgłówek został w Hogwarcie. Przed chwilą była tu kobieta sprzedająca słodycze [zaczynam już popadać w rutynę, od sześciu lat ta sama]. Mój wielce inteligentny brat jak zwykle zrobił z siebe pośmiewisko. Kiedy baba jak zwykle rzuciła swoim niezmiennym tekstem:
- Chcecie coś z wózka, kochaneczki?
Ronuś zerwał się z ławki i krzyknął:
- Lavender?!
I wypadł na korytarz. Przez kilka dobrych minut go nie widziałam.
- Przepraszam za brata - uśmiechnęłam się zmieszana - Lavender to...
- ...jego była dziewczyna? - zainteresowała się sprzedająca.
Aż się zakrztusiłam pasztecikiem, który matka zrobiła nam na drogę.
- Skąd pani wie?!
- Nie takie rzeczy się widziało, moja droga. Chcesz może coś z wózka?
- Nie, dziękuję, mam swoje - wskazałam na resztki wyrobów mamy.
- Trudno - stwierdziła - Dzisiaj to ja za dużo nie zarobię.
Po czym wyszła z przedziału.
Przez chwilę siedziałam sama, ale potem zaczęłam się niepokoić o Ronalda. On przecież jest niepełnosprawny umysłowo i mogło mu się coś stać! Postanowiłam wyruszyć na obchód. Korytarz był tak pusty i cichy, że słyszałam muchę przelatującą nieopodal przejścia do wagonu prefektów, który teraz był pusty. Postanowiłam zrobić inspekcję przedziałów, tak na wszelki wypadek. W przedziale obok nikogo nie było, chyba, że jego pasażerowie włożyli peleryny niewidki. W następnym siedziały jakieś dwie Krukonki, wiem to, ponieważ czytały rozłożone na kolanach podręczniki, a poza tym miały koszulki w kolorach Ravenclawu. Słysząc skrzypienie drzwi odwróciły się w moją stronę.
- Co ty tu robisz? - zdziwiła się blondynka. Miała długie włosy zaplecione w warkocza zielonymi wstążkami.
- Szukam brata - oznajmiłam - Rudy, nie za ładny, czarna szata, widziałyście?
- Nie - stwierdziła szatynka, dokładne przeciwieństwo swojej koleżanki: krótkie włosy i brązowa opaska - Ale zaraz brat będzie CIEBIE szukał, jeżeli stąd nie wyjdziesz. Uczymy się do SUM - ów, jeśli nie widać.
Cóż, ma charakterek.
- Dobra, ale jak go zobaczycie, to pamiętajcie, dwa przedziały dalej po lewej - oznajmiłam - To pa.
Przedział dalej zamieszkiwał jakiś śpiący gość, chyba Zabini Blaise. To chyba ten kumpel idiotycznego Malfoy'a. Nikogo nie było w kolejnym, jeszcze kolejnym i jeszcze jeszcze kolejnym, a w ostatnim przedziale wagonu spotkała mnie niespodzianka: Malfoy [który rzekomo miał zostać w szkole] oraz jego dziewczyna, Parkinson. Kiedy otworzyłam przedział, w najlepsze się całowali. I to jak! Obrzydzona cofnęłam stopę, która właśnie miała zrobić krok przez próg.
- Spieprzaj, Weasley! - syknęła Pansy wyciągając różdżkę. Odkleili się od siebie! Cóż to za cud!
- Właśnie! - wycedził jej chłopczyk - Jeżeli nie chcesz, żebyśmy sami cię wyrzucili, co raczej ci się nie spodoba, zdrajczyni krwi!
- Gdzie Ron? - spytałam na granicy z wyciągnięciem różdżki i zdzieleniem go jakimś porządnym zaklęciem za te wszystkie lata poniżeń - Masz natychmiast wypuścić mojego brata, gdziekolwiek jest! Pamiętaj, że w przedziale naprzeciwko jest ta kobieta, która sprzedaje słodycze!
Parkinson i Dracon spojrzeli na siebie, po czym zaczęli rechotać ze śmiechu.
- Och, nie mogę, Pansy! - zrobił omdlewający ruch ręką i udał, że niebezpiecznie się chwieje - Tam jest ta BABA OD WÓŹKA ZE SŁODYCZAMI! Chyba zostaniemy wydaleni z Hogwartu i zesłani do Azkabanu, pomocy!
Parkinson zachichotała, a Malfoy warknął:
- Słuchaj, Weasley'owata, nie wiemy gdzie jest twój nędzny braciszek i nas to nie obchodzi, ale jak zaraz stąd nie wyjdziesz, to potraktuję cię Cruciatusem lub Sectumsemprą, od wyboru, do koloru! A teraz WON mi z przedziału!
Zatrzasnął mi drzwi przed nosem.
- Uwaga! - odezwał się jakiś głos z głośników, które zostały zainstalowane dopiero w tym roku - Zaraz dojeżdżamy, proszę założyć szaty i opuścić przedziały, które zostaną skontrolowane przez wykwalifikowanych aurorów. Dziękuję.
Zachichotałam. Jeżeli te palanty schowały gdzieś mojego brata, aurorzy zaraz to wykryją. I kropka. Poszłam po moje rzeczy i kiedy wyszłam z przedziału, zobaczyłam, że do wagonu wchodzą aurorzy w typowych dla nich białych kombinezonach.
- Pozwoli panienka - powiedział jeden z nich głębokim basem, podczas gdy reszta rozpoczęła obchód po całym Expressie Londyn - Hogwart. Wyrwał mi z ręki kufer i przyłożył do niego jakieś dziwne urządzonko. Oddał go, zanim zdołałam krzyknąć "Ej!".
- Czysto, może panienka wyjść - oznajmił i jak na zawołanie otwarzyła się klapa w ścianie i pociąg zahamował. Wysunęły się schody i przez okienka w drzwiczkach zobaczyłam znajomy peron w Hogwarcie. Nie ruszyłam się z miejsca.
- Ma panienka jakiś problem? - zniecierpliwił się.
- Tak - odpowiedziałam.
- A jaki, jeśli można wiedzieć?
- Zgubił mi się brat.
Auror zaczął się krztusić.
- CO się pani zgubiło?!
- Brat - odparłam ze stoickim spokojem -  I liczę, że pan go znajdzie.
- Ma pani w tej chwili wyjść na peron. Profesor Hagrid czeka. Co do brata, postaram się go znaleźć. Życzę miłego dnia.
Chciałam mu odpysknąć, że nie ma POSTARAĆ SIĘ go znaleźć, tylko MA go znaleźć, ale szybko się oddalił, jakby bał się, że powiem, iż zgubiła mi się głowa albo coś w tym rodzaju. Wolałam nie drażnić lwa, więc podbiegłam do Hagrida, który wyglądał śmiesznie w puchowym płaszczu z kołnieżykiem i wielkich kozakach.
- Ginny Weasley, witaj! - ucieszył się i wyciągnął sporej wielkości clipboard.
- Gnivera Alice Weasley... - mruknął i coś zaznaczył.
Obok mnie stały dwie Krukonki, ta blondynka i szatynka, Blaise wyglądający jak śnięty sandacz oraz Parkinson. Dracuś widocznie został jeszcze w przedziale, żeby schować w jakimś innym miejscu Rona. Co za dziwak!
- Na kogoś jeszcze czekamy? - nauczyciel Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami przerwał niezręczną ciszę.
- Na Dracuś... Eee, to jest, Dracona Malfoya - wycedziłam - Po prostu nie możemy się bez niego obyć...
- Jak ŚMIESZ nazywać Dracusia "Dracuś"! - wypaliła. Wyjęła swoją brązową różdżkę. Dla bezpieczeństwa ja również sięgnęłam do kieszeni.
- EXPELIARMUSS! - krzyknęłam.
Z ręki Pansy wypadła różdżka. Biedna, nie chodziła na spotkania GD, więc nie umie wytworzyć skutecznej tarczy.
- Dziewczynki, uspokójcie się! - krzyknął Hagrid. Wyjął z mojej ręki różdżkę Parkinson, po czym sięgnął po moją. Próbowałam protestować, ale moja piętnastocalowa, wystarczająco giętka różdżka z rdzeniem z włosa jednorożca zniknęła w przepastnej kieszeni półolbrzyma, tak samo jak z resztą pałeczka Pansy.
- Dostaniecie w Hogwarcie - stwierdził - I nie chcę żadnych bójek na korytarzach, jasne?
Przygnębiona pokiwałam głową. Dziewczyna Malfoy'a spojrzała na Hagrida z obrzydzeniem, ale również potwierdziła.
- Pamiętaj, ten beznadziejny nauczyciel nie mówił, że nie możemy bić się w dormitorium - wysyczała mi do ucha.
- Nie nazywaj go beznadziejnym! - syknęłam z kolei ja.
Ze schodów zmaszerował dumnym krokiem Dracon, a zaraz za nim piątka aurorów i...
- Ron! - krzyknęłam - Gdzie ty, u licha, byłeś?!
- Później ci powiem - zaczerwienił się.

wtorek, 17 lipca 2012

Notatka I

25.12

To moja pierwsza notatka w tym dzienniku. Staram się przyzwyczaić do wściekle różowego koloru, który zaatakował mnie od razu, kiedy otworzyłam podejrzanie wyglądającą paczkę. Mama wpatrywała się we mnie z wyczekiwaniem, więc od razu domyśliłam się, od kogo dostałam prezent.
- I co, Ginny? - zainteresowała się - Ładny zeszyt?
- Tak, jasne... - zmusiłam się na delikatny uśmiech. Nie chcę, żeby myślała, iż uznałam włochaty, różowy i gruby zeszyt za nietrafiony prezent... Dobra, widzę, że nie potrafię ukrywać emocji. Już się zamykam.
Tak, czy siak, dzisiaj jest drugi dzień po Gwiazdce. Jest ósma rano, nie śpię tylko ja i tata, który pije w kuchni poranną kawę. Harry został na Święta w Hogwarcie, mimo, że mama stanowczo nalegała, żeby przyjechał. Zdradził mi, Ronowi i Hermionie, że musi szukać tych cholernych horkruksów, przez które tak strasznie się o niego boję... Jakby do nas przyjechał, przynajmniej mogłabym wiedzieć, co robi, powstrzymać go przed szalonymi wyborami, które, bądź co bądź, czasami dokonuje. Przynajmniej jest z nim Hermiona, co mnie trochę uspokaja. Pociągnęłam łyk z błękitnej filiżanki, która po wypiciu od razu się napełnia. Tę sprytną sztuczkę wymyślili oczywiście moi błyskotliwi bracia, Fred i George. Usłyszałam trzepot skrzydeł za oknem, i po chwili do pomieszczenia wpadły dwie sowy: jedna biała, jak śp. Hedwiga, a druga brunatna. Pochwyciłam jedną ręką śnieżnobiałe koperty , a drugą wręczyłam sowom ciasteczka. Sprytne bestie, wcisnęły pokarm do dziobów i odleciały. Zerknęłam na adresy. Obydwa listy były dla mnie, a jedna średniej wielkości paczka zaadresowana była do mamy. Odłożyłam ją na stolik i zaczęłam czytać moją korespondencję. Jeden list był od Hermiony, napisała mi ładny wierszyk i dorzuciła zdjęcie Krzywołapa, który usiłował połknąć śnieżkę zrobioną przez swoją panią. Mimowolnie roześmiałam się, patrząc, jak nos kota marszczy się, a on sam groźnie macha łapką z wysuniętymi pazurami w stronę swojego nieprzyjaciela. Chwyciłam drugi list. Był od Harry'ego. Choć zajęło mi to piętnaście minut [mama skonfiskowała mi czarodziejskie pióro, żebym nie używała go w Hogwarcie], przepisałam tu jego treść:

Kochana Ginny!

Zabawa na uczcie Wigilijnej była przednia!
Nalałem Malfoy'owi papryczkę chili w płynnej wersji do soku dyniowego.
Ale zwiewał z Wielkiej Sali! Sądząc po jego stanie po powrocie [był cały mokry],
Leciał tak, że wpadł na wiadro Filcha, które oblało go wodą. Hermiona twierdzi, że moje
Aroganckie zachowanie było idiotyczne, ale widząc jego minę i ona zmieniła
Zdanie. Przepraszam, że nie przyjąłem Waszego zaproszenia, ale
Łkałem za złotą rybką Hagrida, która wpadła chyba...
Eee... Przedwczoraj do jeziora i zjadła ją kałamarnica.
Madame Mućka była naprawdę spoko rybą, dlatego
Hagrid jest teraz w żałobie i wczoraj była cała ceremonia
Obtłuczenia akwarium Mućki [pomysł Hermiony].
Ravenclaw stracił sto punktów, bo wczoraj
Krukoni urządzili sobie prywatkę w Pokoju Wspólnym.
Razem z Hermioną byliśmy w bibliotece i znaleźliśmy
Ultra ciekawą książkę "Magia na przeztrzeni wieków" [wsz.bibl, Bill]
Która zawiera fajne ciekawostki.
Sobie przypomniałem datę twoich narodzin, wszystkiego najlepszego!
Arcy bardzo pozdrawiam

Harry

PS Przeczytaj koniecznie opowiadanie Sandry Hellon, twoja mama na pewno odgadnie, o które chodzi.

Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia. Co za dziwny list! Nie wiem czemu, ale coś mi się w nim nie podobało. Dlaczego Harry nie napisał, że za mną tęskni? A co miało znaczyć to "Sobie przypomniałem datę twoich narodzin, wszystkiego najlepszego!"? Przecież ja się urodziłam w lato, a mój chłopak doskonale o tym wie! Parsknęłam na imię rybki Hagrida. Madame Mućka? Ale przecież Hagrid nie ma rybki! A co dopiero takiej, za którą Harry by tak łkał, że nie mógł przyjechać do Nory. W tym liście było tyle dziwactw, że postanowiłam poczekać, aż Ron się obudzi, i przeanalizować z nim tę sprawę. Nie twierdzę, że wiele mi pomoże, ale co dwie głowy, to nie jedna. A teraz jeszcze idę spać. 

~*~

- Dziewczyno, to ty nie czytasz książek detektywistycznych? - Ron z pogardą skomentował moją wypowieź na temat listu, który leżał centralnie przed nami na szklanym stoliku. W ręku ściskał jakąś książkę o qwidditchu, którą dostał w paczce od Harry'ego. Ja nic nie dostałam. Nie, żebym czegoś oczekiwała, ale jednak...
- Może da ci prezent w Hogwarcie - podsunął, jakby czytał w moich myślach - Może to coś było za cenne, żeby wysłać paczką? A wracając do listu, to proste jak drut: jest zaszyfrowany.
- Zaszyfrowany - mruknęłam. No, to miałoby sens...
- Zacznijmy od tego opowiadania Sandry Hellon. Kto to taki?
- Pewnie jakaś pisarka - wzruszyłam ramionami - Tu jest napisane, że mama będzie wiedziała o co chodzi.
- Idź się spytać, Ginny.
- Ja? Dlaczego ja?
- Bo jestem twoim starszym bratem i ci rozkazuję.
- Jeśli Harry ma kłopoty, to pamiętaj, że to będzie twoja wina, jak coś mu się stanie!
Kiedy wymawiałam te słowa, coś mnie ukuło w sercu. A co, jak Harry na własną rękę zaczął szukać horkruksa i Voldemort kazał mu napisać list pożegnlny? Odsunęłam od siebie tę okropną myśl. Od wpływem mojego wywodu Ron wyraźnie otrzeźwiał i zgodził się iść do matki. Po chwili wrócił, machając mi przed nosem kawałkiem pergaminu.
- Mama powiedziała, że znalazła to w paczce od Harry'ego, włożone jako zakładka w mojej książce.
Wzięłam pergamin do ręki i szybko przebiegłam oczami po małych, równych literach, bez wątpienia pisanych ręką Hermiony:

Sandra Hellon, "Dni i noce śniłam" , fragment rozdziału XX
[...] rozpoczęło się, a jakże. Od góry, do dołu widniały dziwne znaki układając się w wyraz  POMOCY. Po kilku minutach zorientowali się, że to list od ich syna i w pośpiechu poczęli wkładać długie, skurzane płaszcze.

Nagle coś w mojej głowie pojaśniało. Jakie to banalne! Że też od razu na to nie wpadłam!
- Ron, tu jest napisane "Od góry, do dołu widniały dziwne znaki układając się w wyraz POMOCY"! Jeżeli ten list naprawdę zaszyfrowany, może trzeba czytać pierwsze litery wyrazów pierwszych w linijce, OD GÓRY, DO DOŁU!
- No tak! Daj tą kartkę!
- O nie, mój drogi, ja na to wpadłam, ja rozszyfruję! Poza tym, to MÓJ list od MOJEGO chłopaka - byłam nieugięta. W skupieniu wpatrywałam się w kartkę i zaczęłam czytać pierwsze litery.
- K...Z...N...A...L...A...Z...Ł...E...M...H...O...R...K...R...U...K...S...A...H...P...ZNALAZŁEM HORKRUKSA! - wypaliłam.
Ja i Ron spojrzeliśmy na siebie z mieszaniną strachu i zadowolenia. Nie pytajcie się mnie, jak to wyglądało. Mogę jedynie powiedzieć, że bardzo głupio.
- Tylko po co to szyfrował? - mój brat popukał się w głowę - Mógł przecież napisać "Cześć, Ginny, kocham cię, a tak w ogóle to znalazłem horkruksa", czy coś takiego.
Zarumieniłam się.
- Ron, przecież śmierciożercy kontrolują Ministerstwo, tak?
- Noo...
- A Ministerstwo kontroluje sowy, sieć Fiuu i świstokliki, tak?
- Do czego zmierzasz?
- Przecież nie jesteś aż tak tępy! No dobra, w uproszczeniu: śmierciojady kontrolują sowy, no nie? Jakby Harry napisał, że znalazł horkruksa, Voldemort...
- Nie wymawiaj tego imienia! Ono jest Tabu!
- Nie masz większych problemów?
- Wyobraź sobie, że nie, nie mam większych problemów niż Sama - Wiesz - Kto na karku plus banda jego goryli!
- Dobra, niech ci będzie, jakby Harry napisał, że znalazł horkruksa, to SAM - WIESZ - KTO też by się o tym dowiedział, zwiększyłby ochronę... - miałam jeszcze jeden powód na języku, ale się powstrzymałam, bo Ron robiłby sobie ze mnie żarty. Harry nie napisał "tęsknię za tobą", "kocham cię", ani nic takiego, bo bał się, że idioci, któży nazywają się śmierciożercami dowiedzą, się, że jesteśmy parą. Zrobiło mi się jednocześniue miło i głupio na myśl, że mnie chroni - ... a wtedy byłby klops - dokończyłam zamiast tego.
- To ma sens... - brat zrobił taką minę, że miałam ochotę zdzielić go w głowę ścierką do mycia naczyń.- A o co chodzi z tym "Ultra ciekawą książkę <<Magia na przestrzeni wieków>> [wsz. bibl., Bill]?
- Myślę, że chodzi im o to, żebyśmy przeczytali tę książkę i potem coś im wytłumaczyli, bo oni sami nie mieli na to czasu...
- ...i jest w naszej bibliotece! Może dostaliśmy ją od Billa? Trzeba się zapytać matki. A ta data "narodzenia"?
- Niech no pomyślę... urodziłam się drugiego lipca, a lipiec to siódmy miesiąc... A może chodzi o stronę siódmą w rozdziale drugim?
- Jesteś genialna! Dobra, to chodźmy do mamy! Albo nie, ty idź, ja szedłem ostatnio!
- Pewnego dnia cię zdominuję, braciszku! - żartobliwie pogroziłam mu palcem i poszłam do kuchni, gdzie mama właśnie obierała ziemniaki bez pomocy magii.
- Witaj kochanie! - zaświergotała - Wiesz, postanowiłam dzisiaj zrobić coś jak mugolskie matki. To bardzo interesujące!
- O, super, mamo, a wiesz może, gdzie jest książka, którą dostaliśmy od Billa?
- Która książka? Dostaliśmy od niego wiele książek!
- Chyba... "Magia na przestrzeni wieków"?
- A, ta książka! Kochanie, nie wiem gdzie ona jest. Ostatnio czytał ją tatuś, sprawdź w naszej sypialni.
- Dzięki mamo - powiedziałam szybko i wypadłam z kuchni. Wbiegłam po schodach i pognałam w stronę drzwi koloru miodowego, za którymi znajduje się pokój rodziców. Książki nie było na łóżku, ani na półce, ani na szafce. Już miałam się poddać, kiedy zauważyłam białą, twardą okładkę wystającą z szuflady. Pociągnęłam za nią. Książka była dość gruba, na okładce była namalowana twarz jakiejś kobiety w przyciasnej sukience i okularach - połówkach.
- Eleonora Selkies, Magia na przestrzeni wieków - przeczytałam - Eleonora Foki... Jakie dziwne nazwisko - zachichotałam. Zeszłam na dół, żeby pokazać książkę Ronowi. Jeżeli będzie w niej coś pokrętnego, łatwiej chyba myśleć we dwójkę.
- No nareszcie! - mruknął mój braciszek, kiedy usiadłam obok niego na kanapie i rozłożyłam przed nim książkę - Myślałem już, że się tu zestarzeję!
- Nie gadaj, tylko szukaj strony siódmej!
- No dobra, już dobra - jęknął Ron i zaczął przerzucać kartki.
- Już! - oznajmił po chwili i postukał palcem w numer strony, na której się zatrzymał. Była pisana drobnym druczkiem, ale pośrodku strony widniało duże zdjęcie jakiegoś faceta wymachiwującego mieczem.
- Ja czytam! - zakrzyknęłam szybko.

Horkruksy to dziedzina magii bardzo czarnej, więc, aby uniknąć bezpodstawnych morderstw w przyszłości, nie napiszę o ich tworzeniu ani słowa [- To po kiego grzyba o nich piszesz?! - Zamknij się, Ron!], chcę jednak, żeby wszyscy czarodzieje i czarownice czytający tę książkę wiedzieli, jak je zniszczyć. Są na nie cztery sposoby: pierwszy, i najskuteczniejszy, to rzucanie na podejrzany przedmiot zaklęcia Avada Kedavra. Drugi - przebicie delikfenta kłem bazyliszka. Trzeci (i najniebezpieczniejszy) - wrzucenie go w wir Zajadłych Płomieni, ale uwaga - ich wytworzenie zagraża nie tylko zdrowiu, ale i życiu! Ostatnim sposobem i chyba najłatwiejszym, jest drażnienie cząstki duszy siedzącej w środku tak, aby wyszła na zewnątrz (to proste, gdyż taka cząstka człowieka nie ma wyobraźni i pewnie podda się po kilku minutach słuchania niewybrednych żartów o sobie) a potem wystarczy rzucić jakiekolwiek zaklęcie niszczące na pusty horkruks. Dusza z pewnością będzie się bronić na swoje sposoby, więc wszystkim, którzy podejmują się zadania niszczenia horkruksów życzę powodzenia, tak jak kilka lat temu życzyłam tego mojemu przyjacielowi, który jest na tym zdjęciu. Dziś nie ma go już wśród nas.


- Jakie fajne zakończenie - mruknął Ronald.
- A czego się spodziewałeś?!
- Wiesz... Sam nie wiem. To co, odpisujemy?
- Nie mam ochoty na szyfrowanie listu. Powiemy im w Hogwracie.
- Jak sobie chcesz - stwierdził Ron, zagłębiony w lekturze swojej książki - Ja nie mam nic przeciwko.
I znowu zrobił tą minę, za którą mam ochotę go zakatrupić...